Jak przestać krzyczeć na swoje dziecko?
Chciałam być dla swojego dziecka dobrą matką, a wciąż na nie krzyczę. Co ze mną nie tak?
Podczas jednej z konsultacji z mamą trzyipółletniej dziewczynki (nazwijmy ją Maja), wciąż dźwięczało mi w głowie: “Jak mogę, w ciągu tych kilku chwil, zarówno zadbać o dziecko, zbudować relację z matką – by wysłuchała moich słów z otwartością – jak i dać wskazówki na tyle przystępne, by nastąpiła realna zmiana w podejściu wychowawczym?”.
Ktoś mógłby pomyśleć, że wystarczy rodzicowi stanowczo powiedzieć, że krzyczenie na dziecko jest złe (już nawet nie wspominając o klapsach), i że jak jest wystarczająco rozsądny i kocha swoje dziecko, to się dostosuje.
No nie powiem, bardzo bym chciała, żeby sprawa była tak prosta. Niestety podobnie jak powiedzenie dziecku: “Nie bij brata, nie wolno krzywdzić innych” nie sprawi, że nie uderzy ono już nigdy swojego rodzeństwa, tak stwierdzenie “krzyk to przemoc, nie może pan/ pani krzyczeć na dziecko” nie zakończą domowych awantur. Za to na pewno skutecznie wzbudzą poczucie winy.
Za każdym naszym zachowaniem kryje się historia
Za każdym naszym zachowaniem kryje się historia, nawet jeśli sami, w pierwszej chwili, nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, dlaczego właśnie tak zareagowaliśmy. Kiedy rozmawiam z rodzicami, chcę najpierw trochę lepiej ich poznać. Zanim zacznę dawać “złote rady”, które równie dobrze mogą przeczytać w poradnikach czy na internetowych forach, chcę zrozumieć, z czego wynika dane zachowanie oraz poznać intencje mamy czy taty.
Zawsze wychodzę z założenia, że rodzice chcą dla swoich dzieci dobrze i, choćby na pierwszy rzut oka na to nie wyglądało, tak właśnie jest (z pominięciem skrajnych przypadków przemocy i zaniedbań wynikających z zaburzeń opiekuna). To podejście pomaga mi nawiązać kontakt z rodzicem i zbudować zaufanie, bez którego dalsza rozmowa byłaby tylko zajmującą cenny czas czczą gadaniną.
Jak skutecznie zniechęcić do siebie człowieka
Zobrazujmy tę sytuację. Idziemy na rozmowę z psychologiem. Często już sam fakt jest dla nas stresujący, bo albo nie wiemy czego się spodziewać, albo z góry zakładamy, że jakaś obca babka będzie nam wytykała, że jestem złą matką/ złym ojcem. No i idziemy na tę rozmowę generalnie nastawieni bojowo. Przygotowani by odeprzeć każdy atak. Albo zgłaszamy się, żeby odhaczyć ten upokarzający obowiązek (kiedy rozmowa wynika z interwencji wychowawcy a nie z naszej potrzeby).
I teraz wyobraźmy sobie taki scenariusz. Rodzic wchodzi do gabinetu. Krótkie przywitanie. Siada. I psycholog zaczyna: “Doszły mnie słuchy, że krzyczy Pani na swoje dziecko i daje mu klapsy. Czy chciałaby Pani coś o tym powiedzieć?”. No i po kontakcie. Równie dobrze moglibyśmy sobie teraz powiedzieć “do widzenia”. Bo nawet jeśli rodzic na nas nie naskoczy, ani nie zdezerteruje, to już na pewno nie będzie w stanie usłyszeć i wyciągnąć nic wartościowego z tej rozmowy. Zalany emocjami (głównie wstydem i przykrywającą wstyd złością) mózg, po prostu się odłączy.
Dlaczego otwarta konfrontacja to nie zawsze dobry wybór?
Hmm, ale dlaczego? Przecież nie powiedziałam nic nieuprzejmego? Dałam rodzicowi przestrzeń, by przedstawił swoją perspektywę, czyż nie?
No, tak. Ale jednocześnie dotknęłam bardzo czułego punktu, wzbudzając w drugiej osobie poczucie wstydu i winy, a wierzcie mi, nikt tak się nie lubi czuć. Jesteśmy w stanie zrobić wiele, aby ukryć swoją winę i zawstydzenie, więc naturalną reakcją w tej sytuacji będzie jakiegoś rodzaju obrona.
To tak jak powiedzieć do dziecka: “Widziałam, że ukradłeś pieniądze z szuflady. Chcesz coś o tym powiedzieć?”. Auć. Aż czuję w ciele to uderzenie gorąca, które rozlewa się od głowy po całym ciele. To wstyd w pełnej krasie. Jedyne, co miałabym ochotę teraz zrobić, to uciec i schować się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
Ktoś inny mógłby skłamać, że to nie ja, mimo oczywistych dowodów. A kolejne dziecko mogłoby wejść w tryb walki: “Tak i co mi zrobisz?”, albo “Jesteś wredną matką! Nie kochasz mnie! Wszyscy moi koledzy dostają kieszonkowe, a ja nawet nie mogę sobie kupić bułki!”.
Może Cię to zaskoczy, ale większość z nas, dorosłych, zachowuje się dokładnie tak samo, jak dzieci, kiedy musimy zmierzyć się z jakąś niewygodną sytuacją. A to dlatego, że kiedy byliśmy dziećmi, nikt nie nauczył nas, jak sobie radzić z trudnymi emocjami. Zostawaliśmy z nimi sami, często zawstydzani, gdy pokazywaliśmy złość, smutek czy strach. Więc teraz, 20, 30, 40 lat później, sięgamy po repertuar zachowań z czasów, kiedy mieliśmy kilka czy kilkanaście lat.
Jak rozmawiać, żeby miało to ręce i nogi?
No dobrze, więc jak w takim razie mamy rozmawiać, żeby nie zniechęcić drugiej strony, a jednocześnie przekazać, że dane zachowanie nie było w porządku?
Kontynuując przykład z kradzieżą, moglibyśmy powiedzieć coś w stylu: “Zauważyłam, że w szufladzie brakuje 100 złoty. Zmartwiłam się. Myślę, że wydarzyło się coś ważnego, skoro postanowiłeś wziąć pieniądze i wolałeś mi o tym nie mówić. Potrzebuję wiedzieć, kiedy dzieje się u ciebie coś trudnego, abym mogła ci pomóc. Pamiętaj, że jestem tu dla ciebie. Usiądźmy i porozmawiajmy. Jestem pewna, że razem znajdziemy rozwiązanie”. Jak Ci to brzmi?
To przykład komunikatu sformułowanego według założeń NVC (Non Violent Communication) – Porozumienia bez przemocy. Schemat to: Obserwacja – Uczucie – Potrzeba – Prośba. Taki komunikat jest pozbawiony oceny i zawstydzania, które urywają kontakt. Zamiast tego przedstawiamy fakty i swój punkt widzenia: “Zauważyłam, że w szufladzie brakuje 100 złoty” (obserwacja – fakt, pieniędzy nie ma). “Zmartwiłam się” (uczucie, to co się wydarzyło, wywołało we mnie określone emocje). “Potrzebuję wiedzieć, kiedy dzieje się u ciebie coś trudnego” (potrzeba). “Usiądźmy i porozmawiajmy” (prośba, zaproszenie do konkretnego działania).
Rozmowa z mamą Mai - kluczowe momenty
Nie przytoczę całej rozmowy, którą odbyłam z mamą Mai, ale opiszę jej kluczowe momenty, bo wierzę, że mogą one pomóc niejednej zatroskanej mamie i zagubionemu tacie, zrozumieć własne zachowanie i zacząć powolutku, krok za krokiem, z wyrozumiałością dla siebie, stawać się takim rodzicem, jakim zawsze marzyliśmy, by być dla swoich dzieci. Możliwe też, że ten wpis będzie drogowskazem dla innych specjalistów pracujących z rodzicami – psychologów, pedagogów, lekarzy, fizjoterapeutów – którzy szukają sposobów, by budować mosty porozumienia i skutecznie pomagać.
Lodołamacz na dobry start
W wielkim skrócie, zaproszenie do rozmowy wyglądało następująco: “Miałam ogromną przyjemność poznać Pani córkę. Maja to wyjątkowa dziewczynka. Wyróżnia się poziomem wypowiedzi, jest bardzo bystra i empatyczna”. Chyba najlepszym lodołamaczem jest rozmowa o dziecku i podkreślenie jego mocnych stron. Serce rodzica rozpiera duma i chętnie włącza się do rozmowy. To również w naturalny sposób tworzy przestrzeń dla rodzica, by podzielił się swoimi spostrzeżeniami i trudnościami.
NVC rusza z odsieczą
Następnie sięgamy po NVC: “Podczas jednego ze spotkań z Mają, rozmawiałyśmy o trudnych emocjach. Maja powiedziała, że boi się, kiedy mama na nią krzyczy (obserwacja). Zmartwiło mnie to (uczucie), bo wiem, że często, mając najlepsze intencje, swoją reakcją gasimy tę iskrę, którą mają w sobie nasze dzieci. Chciałabym, abyśmy zastanowiły się wspólnie, co może Pani zrobić (potrzeba), aby zaopiekować się swoimi emocjami i zachować spokój w trudnych codziennych sytuacjach. Dzięki temu stworzy Pani z córką bezpieczną relację, o której Pani mówiła. Czy możemy teraz o tym porozmawiać (prośba)?
W tym komunikacie mówię o tym, jaki jest problem, ale jednocześnie pokazuję zrozumienie dla mamy i jej emocji. Zauważam, że chce dobrze, ale nie wie, jak to zrobić. Proponuję, że pomogę jej wyjść z tego impasu.
Psychoedukacja - bo łatwiej coś zmienić, gdy rozumiemy po co i dlaczego
Psychoedukacja ma potężną moc. Dlatego zawsze do moich rozmów z klientami wplatam ten element. Trudno jest nam zmienić swoje zachowanie, kiedy nie rozumiemy, z czego ono wynika i dlaczego właściwie mielibyśmy to zrobić.
Odpowiadając na pytanie, dlaczego mielibyśmy zmieniać swoje zachowanie, często opowiadam rodzicom o budowie mózgu dziecka. To pomaga im pozbyć się przekonania, że ich dziecko jest niegrzeczne i robi coś złośliwie. Mówię o koregulacji, czyli o tym, że to my, dorośli – opiekunowie, odpowiadamy za regulację emocjonalną naszych dzieci. A na koniec wspominam o realnych konsekwencjach – psychologicznych i rozwojowych – stosowania kar wobec dzieci (zaliczamy do nich krzyk i klapsy).
No i przechodzimy do części, którą osobiście lubię najbardziej, czyli do odpowiedzi na pytanie: “co ze mną nie tak?” i “dlaczego nie mogę się powstrzymać i krzyczę na swoje dzieci, mimo że wiem, że to złe i tak bardzo nie chcę im tego robić?!”. Często słychać w głosie rodziców ogromną bezradność. Widać, że kochają swoje dzieci, a mimo tego krzyk, krytyka, zawstydzanie czy klapsy są w ich domu codziennością.
Podczas naszego spotkania, często po raz pierwszy w życiu, przytłoczeni nadmiarem obowiązków, stresu i powinności, rodzice słyszą, że wszystko z nimi w porządku. Że ich reakcje czy postawy wynikają z doświadczeń, jakie sami mieli w dzieciństwie, a nie z faktu, że są złymi ludźmi.
Ten wątek na pewno będę omawiała szerzej w niejednym wpisie, dlatego tutaj ograniczę się do stwierdzenia, że w naszym ciele, a konkretniej w autonomicznym układzie nerwowym, mamy zapisany ogrom informacji, które kiedyś pozwalały nam przetrwać. Schematy reakcji, sposoby radzenia sobie z emocjami, to wszystko zostało w nas wdrukowane wtedy, kiedy nasze życie zależało od naszych opiekunów.
Ta rozmowa pozwoliła mamie Mai zobaczyć, że powtarza w relacji z córką to, czego sama doświadczyła jako mała dziewczynka. Choć tak bardzo chciała zapewnić swojej córce poczucie bezpieczeństwa, którego sama nie doświadczyła, krzyk sam wychodził z jej ust, jakby nie miała nad nim władzy. To bardzo uwalniający moment, kiedy zaczynamy rozumieć swoje zachowania. Kropki łączą się w całość. Ale za tą świadomością idzie też odpowiedzialność. Bo nie wystarczy wiedzieć, z czego wynika problem, aby ten problem się rozwiązał.
Wewnętrzny Obserwator - Twoja supermoc!
Na zakończenie dałam mamie Mai dwa narzędzia, dzięki którym będzie mogła zaopiekować się swoimi emocjami, aby nie rozładowywać frustracji i lęku na swojej córeczce.
Jedno z narzędzi nazywam “Wewnętrzny Obserwator”. Chodzi o to, aby zacząć zwracać uwagę na swoje emocje. Zauważać, gdy w ciele zaczyna pojawiać się napięcie i kiedy to się dzieje. Co jest czynnikiem wywołującym? Czy to moment, kiedy dziecko nie odpowiada, mimo kilkukrotnego przywoływania uwagi? A może fakt, że odchodzi od stołu, choć nie skończyło jeszcze jeść? A może odpala cię płacz dziecka? Lub gdy prosi o założenie bucików, choć potrafi zrobić to samo.
Rozwijanie Wewnętrznego Obserwatora pozwala również na zmianę, która ma potencjał kompletnie odmienić relacje – tak ze sobą, jak i z innymi. Daje czas. Czas na podjęcie decyzji, jak chcę zareagować. Dla wielu z nas krzyk stał się reakcją bezwarunkową. Jest bodziec (np. hałas), jest reakcja – krzyk. Tu nie ma namysłu i decyzji: “Hmm, w tej sytuacji – z całego repertuaru narzędzi radzenia sobie z napięciem – krzyk sprawdzi się najlepiej”. Krzyk się po prostu wydarza, jakkolwiek niedorzecznie by to nie zabrzmiało.
Kiedy zaczynamy być świadomi sytuacji, które nas odpalają i coraz sprawniej zauważamy sygnały alarmowe, które wysyła nasze ciało (tj. ścisk w żołądku, podniesiony ton głosu, mgła mózgowa), jesteśmy w stanie wybrać, jak zareagujemy, zanim emocje nas zaleją (bo wtedy będzie już za późno). Możemy na przykład powiedzieć do dziecka: “Kochanie, potrzebuję chwili, żeby się uspokoić. Zaraz do ciebie wrócę”. W ten sposób zadbamy o siebie, damy sobie czas na ochłonięcie i wrócimy do kontaktu z dzieckiem, gdy fala emocji opadnie.
A gdy nie ma możliwości wyjścia, kiedy dziecko jest za malutkie lub istnieje ryzyko, że zrobi coś niebezpiecznego, powstrzymanie się od powiedzenia czegokolwiek może okazać się najlepszą opcją. Bierzemy wtedy kilka głębszych oddechów. To daje naszemu mózgowi znak, że jesteśmy bezpieczni. Po chwili tętno zacznie spadać. I gdy będziemy znów w stanie jasno myśleć, będziemy też mogli realnie wesprzeć swoje dziecko.
Wewnętrzne Dziecko - od teraz zawsze będzie nas dwoje
Drugie narzędzie to wyjątkowo prosta praktyka, ale o potężnym działaniu terapeutycznym. Pamiętacie jak mówiłam, że u większości z nas w trudnych sytuacjach odpala się system operacyjny z czasów, gdy byliśmy dziećmi? To dlatego, że duże emocje, które wtedy przeżywaliśmy nie miały możliwości przez nas przepłynąć. Nie zostały przetworzone, ponieważ zabrakło dojrzałego opiekuna, który by nas w tym poprowadził. Nasz układ autonomiczny skojarzył określone wydarzenia z zagrożeniem i teraz – nawet luźno połączone z pierwotnym bodźcem sytuacje – mając moc wyzwalającą potężne reakcje.
Praca z Wewnętrznym Dzieckiem, bo o tym narzędziu mowa, ma na celu uwolnienie tego napięcia, które przez lata nagromadziło się w naszym ciele. A uwolnienie to ma miejsce, gdy pozwolimy sobie przeżyć emocje, które kiedyś zostały zablokowane, unieważnione, wyparte. W tym celu, mając kilka chwil dla siebie, gdy nikt i nic nas nie rozprasza, siadamy lub kładziemy się wygodnie, zamykamy oczy i zadajemy sobie pytanie: “Kiedy po raz pierwszy tak się czułam?”. Przypominamy sobie to uczucie w ciele, te myśli, które towarzyszyły nam podczas napadu furii czy bezsilności, kiedy krzyczeliśmy na dziecko. “Kiedy tak się czułam po raz pierwszy”? I idziemy za tym, co się pojawi.
Może to być wspomnienie, kiedy mama nakrzyczała na ciebie, kiedy stłukłaś jej ulubioną wazę po babci. Padło wiele przykrych słów, które do dziś odbijają się echem w głowie. Niech to wspomnienie będzie jak najbardziej dokładne. Poczuj te emocje, które były w tobie. Ten lęk, rozpacz, poczucie winy, wstyd… Było ci tak przykro, tak chciałaś pomóc mamie, ale potknęłaś się i waza wyślizgnęła ci się z rąk. Znów coś sknociłaś. Jesteś beznadziejna. Teraz na pewno mama już cię nie kocha. Krzyk i słowa rozdzierają twoje malutkie serduszko…
A może widzisz siebie, jak mkniesz na rowerku. Tata biegnie dumny obok ciebie. Właśnie nauczyłeś się jeździć. Ale kiedy spojrzałeś w bok na niego, straciłeś panowanie nad kierownicą i przewróciłeś się. Zacząłeś płakać, bo zdarłeś sobie kolano i tak bardzo się wystraszyłeś. Tata podszedł do ciebie, złapał cię za łokcie, podniósł nerwowo i postawił na nogi. “No i czemu się mażesz? Przestań już, nic się nie stało. Ludzie się patrzą, daj spokój”. A ty potrzebowałeś przytulenia. Taty, który pomoże ci zrozumieć co się stało i utuli w twoim smutku. Zamiast tego dostałeś lekcję, że nie możesz płakać, bo ryzykujesz odrzucenie.
Kiedy już zobaczysz malutką/ malutkiego siebie i poczujesz ten ból, smutek, złość, które ci wtedy towarzyszyły, podejdź do siebie – Ty, dorosła Kasiu, Aniu, Paulinko, Ty, dorosły Tomku, Krzysiu, Pawle – i daj sobie to, czego właśnie wtedy potrzebowałaś/ potrzebowałeś. Bądź dla siebie tą idealną mamą, idealnym tatą. Powiedz do siebie to, co chciałabyś wtedy usłyszeć, zrób to, czego wtedy potrzebowałaś doświadczyć. Przytul się. Powiedz, że jesteś przy niej i już nigdy nie będzie sama. Pozwól swoim emocjom płynąć.
Daj sobie na to ćwiczenie tyle czasu ile potrzebujesz i wracaj do niego za każdym razem, gdy porwą cię silne emocje. Pamiętaj, że niemal zawsze, kiedy zalewają cię silne nieprzyjemne uczucia, nie są one reakcją na sytuację, która ma miejsce teraz. To emocje z przeszłości, które muszą zostać zauważone i uwolnione. W miarę powtarzania tej praktyki poczujesz, że jest w tobie coraz więcej spokoju. Sytuacje, które kiedyś cię odpalały, już nie mają na ciebie wpływu. I tak domykaj rozdział za rozdziałem. Uwalniaj energię zablokowaną w przeszłości i poczuj, jak dzień po dniu wracasz do siebie.